Na stacji benzynowej przesiedlismy się na jeepy.
Przeladowali też nasze bagaże z przyczepki busa, by w pierwszej kolejności zostawić je w hotelu na pustyni, a potem mieliśmy się udać na off-road. Nasz kierowca Musmak w usposobienia Piotr Żyła, he-he! ruszył z kopyta jako drugi z samochodów i oznajmiając, że jest driver number one postanowił wyjść na prowadzenie.
Tuż za stacja benzynową zaczęły się bezdroża, tzn. różne krzyżujące się piaszczyste drogi, jakieś zagrody dla kuz, szałasy. Nasz driver wybierając alternatywne drogi, być może na skróty próbował zostać liderem. Ale niestety nie udało się. Powoli wjechalismy w prawdziwą pustynię. Jechaliśmy doliną między dwoma wielkimi wydmami.
W końcu, po ok. 15 min. jazdy przybyliśmy do Arabia Oryx Camp - naszego hotelu, gdzie pozostawiliśmy nasze bagaże. Chwila na rozprostowanie kości, wstępne fotki (m. in. biwakujących wielbłądów do wynajecia; można też wynająć quady) i dalej w drogę po prawdziwa przygodę.
Wdrapaliśmy się jeepem na szczyt wielkiej wydmy.
Tu już pieszo w osuwającym się piachu wdrapaliśmy się jeszcze wyżej by rozkoszować się panoramą pustyni. Ponieważ słońce raz było zakryte chmurami, raz wychodziło zza chmur, koorystyka wydm w świetle zachodzącego słońca zmieniała się co chwilę.
Wytrwaliśmy tak do zachodu słońca.
Potem była szaleńcza jazda w dół, to jest z licznym podjazdami i wpadaniami w doły pustynne, z czasami z takim nachyleniem samochodu, że wydawalo się że się zaraz przewróci.
W jednym miejscu poszczególni kierowcy zrobili konkurs, kto najwyżej wjedzie na super stromą wydmę. Dojechawszy do szczytu możliwości samochodu, ten zssuwal się bokiem z wrażeniem, że zaraz przekoziolkuje. A my oczywiście w środku. Takich prób konkursowych było trzy. Żołądki podchodziły pod gardło.
Ostatecznie powróciliśmy do naszego Camp. Powitano tu nas kawą i daktylami, a następnie rozlokowano nas w domkach. W tle pobrzekiwala muzyka arabska. Kolacja była bardzo obfita - w ramach szwedzkiego stołu był duży wybór potraw arabskich i do tego wyśmienity sok z papai.
Obsługa to przede wszystkim pakistanyczycy i hindusi. Jedynym mankamentem Arabian Oryx Camp był słaby internet. No cóż, to pustynia.
Po dniu pełnym wrażeń zasnęliśmy wsłuchując się w ciszę pustyni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz